Ta tema vsebuje 2 odgovora, ima 1 glas, in jo je nazadnje posodobil/a simonne3104 3 dni, 19 ur nazaj.
-
AvtorPrispevki
-
Franci Vehovec – Trelleborg Slovenija d.o.o.Pozdravljeni,
v naši družbi se je poslovodstvo odločilo prodati vse počitniške kapacitete, vendar pa je svet delavcev tej nameri nasprotoval. Soglasje po 95. členu je podal le za delno odprodajo, tj. zgolj za odprodajo nekaterih točno določenih počitniških apartmajev, ki sicer niti med poletjem niso vsi zasedeni, ne pa za odprodajo vseh.
Točnega odgovora delodajalca, kaj bo zdaj v zvezi s tem ukrenil, še nimamo, je pa poslovodstvo nedavno obvestilo vse zaposlene, da se počitniške kapacitete ne oddajajo več in se tudi ne bodo. Osebno sicer mislim, da jih ne bodo odprodali in jih tudi tržili ne bodo, zato sprašujem, kaj lahko v takem primeru ukrenemo, da kapacitete ne bi propadale.
Če ima kdo od članov združenja morda kake izkušnje s takšno ali podobno situacijo, nam bodo te zelo dragocene.
Lep pozdrav vsem,
Franci Vehovec, predsednik Sveta delavcev Trelleborg Slovenija
Sašo Pavlovič Pošta SlovenijePozdravljeni,
Če grem po vrsti, me preseneča, da ste sploh podali soglasje za odprodajo nekaterih počitniških kapacitet. V kolikor so kapacitete nezasedene, je potrebna akcija, torej je potebno počitniške kapacite čim bolj promovirati in jih ponuditi zaposlenim.
Ko je poslovodstvo brez vašega soglasje sprejelo odločitev, da se počitniških kapacitet ne oddaja več, je kršilo ZSDU, tako da vam za začetek predlagam, da na naslednji seji sprejmete sklep, da zaradi kršenja ZSDU podate prijavo pristojni inšpekciji. Seveda izhajam iz tega, da ste glede soglasja upoštevali rok v skladu z 95. členom ZSDU.
Odpira se tudi vprašanje, ali ima vaš svet delavcev z delodajalcem podpisan participacijski dogovor, s katerim se nadgradi ZSDU ter kaj imate glede počitniških kapacitet zapisano v tem dogovoru.
V našem primeru – Pošta Slovenije – imamo v participacijskem dogovoru glede soodločanja sveta delavcev – razpolaganje s počitniškimi kapacitetami, službenimi stanovanji, stanovanjskim skladom in drugimi objekti standarda delavcev zapisano:Delodajalec je dolžan pred vsako odločitvijo, ki se nanaša na razpolaganje s počitniškimi kapacitetami, službenimi stanovanji, stanovanjskim skladom ter drugimi objekti preostanka družbenega standarda delavcev, pridobiti soglasje sveta delavcev.
Za razpolaganje s počitniškimi kapacitetami, službenimi stanovanji, stanovanjskim skladom in drugimi objekti standarda delavcev se štejejo vse odločitve, ki se nanašajo na določitev cen letovanja, prodajo počitniških kapacitet, obremenitev počitniških kapacitet s hipoteko ali stvarno služnostjo, plan rednega in investicijskega vzdrževanja ter sprejem politike oddajanja počitniških kapacitet.Upam, da vam je moj odgovor v pomoč.
Sašo Pavlovič
podpredsednik sveta delavcev Pošte Slovenije
simonne3104Planowałem te wakacje od grudnia. Miał być sierpień, Włochy, moja dziewczyna Kasia, nasz pierwszy wspólny wyjazd dłuższy niż trzy dni. Oszczędzałem, odkładałem, zrezygnowałem z kilku imprez. I w lipcu, dwa tygodnie przed wyjazdem, Kasia powiedziała, że jednak nie jedzie. Bo „potrzebuje przestrzeni”. Znasz to? Klasyk. Skończyło się na tym, że zostałem z wykupionym noclegiem na tydzień – non refundable – i pustym mieszkaniem.
Nie odwołałem. Pojechałem sam. Gorąco, morze, włoskie lody. Brzmi jak marzenie, prawda? Ale wiesz, jaka jest prawda? Bycie samemu w miejscach, które miały być wasze, jest gorsze niż siedzenie w domu. Wracasz do hotelu wieczorem, siadasz na łóżku, włączasz telewizor po włosku i nic nie rozumiesz. Deszcz zaczął padać trzeciego dnia. I padał bez przerwy. Siedziałem w pokoju, patrzyłem na kropelki spływające po szybie i myślałem o tym, że chyba nie ma gorszego uczucia niż zmarnowane oczekiwanie.
Właśnie wtedy, z nudów i smutku, sięgnąłem po telefon. Przejrzałem sklep z aplikacjami. Nie szukałem niczego konkretnego – może gier logicznych, może jakiegoś serialu do ściągnięcia. I w pewnym momencie wyskoczyła mi reklama. Nie pamiętam już treści, ale tytuł brzmiał znajomo. Kliknąłem, przeszedłem do strony, a stamtąd do sklepu. Pobrałem aplikacja vavada – zajęło to może minutę. Miałem w hotelu Wi-Fi, więc poszło szybko.
Zainstalowałem, otworzyłem. Interfejs był prosty, taki w ciemnych kolorach, bez zbędnych ozdobników. Zarejestrowałem się bez problemu. Wpłaciłem sto złotych – tyle, ile wydałbym na pizzę i wino, a i tak nie miałem z kim tego wina pić. Pomyślałem: to będzie moja wieczorna rozrywka. Zastępstwo za rozmowy, których nie prowadzę, i za śmiechy, które nie padają.
Zacząłem od automatów. Wybrałem jakiś z motywem dżungli, bo przypominał mi filmy z dzieciństwa. Kręciłem małe stawki – po dwa, po cztery złote. Bez ciśnienia. W ciągu pierwszej godziny wygrałem może trzydzieści złotych, potem straciłem dwadzieścia. Bilans zero. Normalne. Ale najważniejsze, że przestałem myśleć o Kasi. Mózg przestawił się na tryb „co teraz wypadnie” i to było niesamowicie odświeżające.
Następnego dnia deszcz nie przestał. Znowu zostałem w pokoju. Tym razem nie czekałem wieczoru – odpaliłem aplikacja vavada już po śniadaniu. Wpłaciłem kolejne sto złotych. Postanowiłem zagrać w ruletkę, bo automaty zaczęły mnie nudzić. Małe stawki, po pięć złotych na czerwone. Raz wygrałem, raz przegrałem. Przez godzinę stałem w miejscu. Aż w pewnym momencie pomyślałem – postawię wszystko na zero.
Nie wiem, czemu. Może przez to włoskie słońce za oknem, którego nie mogłem zobaczyć, bo chmury zasłaniały wszystko. Postawiłem osiemdziesiąt złotych na zero. Kliknąłem. Kulka poleciała. Zatrzymała się na zero. Na koncie pojawiło się nagle dwa tysiące czterysta złotych. Siedziałem na łóżku w tym tanim hotelu, w samych spodenkach, z włosami mokrymi po prysznicu, i patrzyłem w ekran jak idiota. Zamrugałem. Nic się nie zmieniło.
Zadzwoniłbym do kogoś, ale nie miałem do kogo. Kasi nie było. Rodzice spali w Polsce. Ziomki pewnie byli w robocie. Więc po prostu wypłaciłem dwa tysiące, a czterysta zostawiłem na dokładkę. I zamknąłem aplikację. Wypłata przyszła następnego dnia. Sprawdziłem konto bankowe przez hotelowe Wi-Fi i zobaczyłem, że pieniądze są. Dwa tysiące złotych. Na koncie. Z deszczowej Italii.
Resztę wakacji spędziłem inaczej. Nie zostałem w pokoju. Wynająłem rower, pojechałem w góry, chociaż kropiło. Kupiłem sobie porządną kolację w restauracji, nie jakąś byle pizzę. I wieczorami, zamiast myśleć o Kasi, czasem wracałem do aplikacja vavada – ale już tylko na chwilę, z małymi stawkami, dla samej przyjemności klikania. Wygrałem jeszcze kilkaset złotych przez kolejne dni, ale nie to było ważne. Ważne było to, że przestałem czuć się ofiarą.
Po powrocie do Polski Kasia napisała. Chciała się spotkać, „porozmawiać”. Odmówiłem. Nie z gniewu. Po prostu zrozumiałem, że nie chcę wracać do czegoś, co sprawiło, że siedziałem sam w deszczowym pokoju i grałem w kasyno, żeby nie oszaleć. Dziś, pół roku później, mam nową dziewczynę. Nie lepszą ani gorszą – inną. I kiedy czasem w wolny wieczór odpalam aplikacja vavada na telefonie, robię to dla relaksu, nie dla ucieczki. To duża różnica.
Czy poleciłbym tę aplikację komuś w podobnej sytuacji? Tak, ale tylko pod jednym warunkiem: że nie gra się, żeby zapomnieć. Gra się, żeby się rozerwać. Kiedy emocje biorą górę nad rozsądkiem, lepiej odłożyć telefon i wyjść na spacer. Nawet w deszcz. Zwłaszcza w deszcz. Bo deszcz kiedyś przestaje padać, a ty zostajesz ze sobą. I lepiej, żebyś siebie lubił, nawet bez wygranych.
Włoskie wakacje wspominam dziś z uśmiechem. Nie przez te dwa tysiące złotych. Przez to, że w momencie, gdy mogłem się załamać, znalazłem sposób, żeby nie zwariować. Mały, głupi, niepoważny. Ale swój. I ta aplikacja vavada była w tym swoista bramą – nie do hazardu, tylko do świadomości, że czasem trzeba zrobić coś inaczej, żeby nie robić tego samego co zawsze. A potem i tak wrócić do siebie. I to się liczy najbardziej.
-
AvtorPrispevki




